W starych, słusznie minionych czasach, masy ludzkie poupychane w szarych blokowiskach nie miały większych szans na poprawienie swojego standardu mieszkaniowego. Oczywiście przeboje w stylu boazeria czy łuki nad wejściem do pokoju pojawiały się tu i ówdzie, jednak mieszkańcy osiedli willowych mieli o wiele wyższy standard. Był też powód tej dysproporcji, ten sam, przez który owe osiedla nazywano zatokami czerwonych świń.
Przełom z 1989 roku dał nam wiele możliwości, oczywiście jedynie teoretycznie. Mniej więcej przez dziesięć pierwszych lat III RP posiadanie domu było luksusem na miarę Blake'a Carringtona. Obecna sytuacja na rynku budowlanym pokazuje, że wybudowanie domu jest relatywnie tańsze od kupowania mieszkania. Oczywiście podejmując taką decyzję musimy wziąć pod uwagę ciągłą potrzebę trzymania ręki na pulsie. Poza nieustającym obowiązkiem kontrolowania ludzi budujących nasze nowe gniazdko, musimy przede wszystkim odpowiedzialnie zaplanować całe przedsięwzięcie.
Załóżmy, ze mamy uzbrojoną działkę gotową do stawiania na niej naszego małego pałacu. Musimy jednak wiedzieć jak ów pałac ma wyglądać. Tu z pomocą pomoże nam architekt, który zaprojektuje dla nas dom naszych marzeń. Projekt oczywiście w cenie małego samochodu. Szukając solidnego rozwiązania warto poszukać firmy, która ma w swojej ofercie sprawdzone i solidne projekty domów. Zaletą tego rozwiązania, oprócz ceny, jest zazwyczaj możliwość obejrzenia ,wykonanych już projektów, na żywo. Nasza wizja domu może oczywiście pozwolić na rozsądną modyfikację proponowanego nam rozwiązania. Jeśli się postaramy, nasz dom będzie wyjątkowy, a jego projekt pozwoli zaszaleć nam w późniejszym etapie pracy, takim jak projektowanie ogrodów.
Nie wybiegajmy jednak zbytnio w przyszłość. Przejrzeliśmy dostępne i polecane firmy budowlane. Zamówiliśmy pierwszą partię potrzebnych materiałów. Jesteśmy szczęśliwymi władcami fundamentów na naszej działce. W czasie weekendu oprowadzamy rodzinę po skupisku błota i pustaków, z wyraźnym podnieceniem opowiadając co stanie gdzie. Oczywiście widzimy to tylko my, w naszej głowie.
Większość osób budujących domy w mig staje się ekspertami. Po wyczerpującej lekturze pism branżowych i portali internetowych wiemy już jakie są najsolidniejsze docieplenia i najrozsądniejsze elewacje. Roboty ruszają pełną parą, dom pnie się w górę, rodzina patrzy z uznaniem, mimo, że nie potrafi sobie jeszcze umiejscowić kanapy wśród wszechobecnego bałaganu. Jako eksperci znamy wszystkie firmy robiące dobre dachy. Ostatkiem sił i nie ostatnią, na szczęście, transzą kredytu udało nam się postawić stan surowy przed zimą. Wiemy już dlaczego na studiach znajomi mówi, że warto studiować budownictwo. Następne święta w nowym domu.
Rodzina odwiedza nas w świąteczne dni, ciocie podziwiają, wujkowie znajdują pierwsze usterki, słowem, sielanka. Przed końcem roku buszujemy w sklepach z zaopatrzeniem łazienek , kupujemy nowoczesne, niekoniecznie funkcjonalne baterie i umywalki. Idziemy do biura projektującego kuchnie, prosto z biura projektującego kuchnie idziemy do dużego sklepu budowlanego, który jest bardziej przyjazny dla naszego i tak uszczuplonego portfela.
Pojawia się moment, w którym pojawia się nowy gracz w naszych zmaganiach – żona. Wygodne i funkcjonalne wnętrze musi od teraz być ładne i modne. Cierpi nasz budżet i nasza wyobraźnia, w której tli się obraz przedstawiający wielki garaż z malutkim samochodem w środku.
Mija czas, znamy już najlepszych fachowców w każdej, okołobudowlanej branży z okolicy. Teraz tylko przeprowadzka, dodatkowe meble, problemy z ogólnopolskim dostawcą telefonu i intertetu, pierwsze grzeczności z sąsiadami... voila! Mamy własny dom, osiągneliśmy założony cel. Organizujemy świąteczny obiad przy wielkim stole w naszym nowym salonie. Ciotki z wyrzutem patrzą na wujków, szukających usterek. Dzieciaki grają w chowanego. Dziadkowie mają problem z odkręceniem wody w toalecie, a nad wszystkimi góruje potężna choinka, której nawet nie wnieślibyśmy do naszego małego mieszkania w bloku. Jesteśmy z siebie dumni. Tylko ten kredyt...